Sri lanka welcome to…

Zgodnie z przewidywaniami, plany poszły zupełnie inaczej niż rzeczywistość. Oto mapka, według której faktycznie się przemieszczaliśmy. Na 16 noclegów i tak okazało się za mało na zobaczenie wszystkiego i nasze plany na http://www.adka.co/sri-lanka-podroz-w-nieznane-plany-2018/ musieliśmy zrewidować.

Zaczynając od początku, w południe 25 lutego wyruszyliśmy pociągiem z Poznania do stolicy, tam krótki czas oczekiwania i samolot. Przesiadka w Doha tym razem trwała 4,5 h i tam właśnie byliśmy zmęczeni. Po przylocie o 16:30 czasu miejscowego byliśmy w symie ok 24 h w podróży. Po zbawiennym prysznicu pozostało zjeść kolację na miejscu i iść spać.

Szczerze polecam Airport Green Hotel – komfortowe duże pokoje, a na zewnątrz piękny ogród, pyszne posiłki i pozytywny gospodarz, który się bardzo stara o Twoją wygodę. W większości trafiają tam goście przed wylotem, my byliśmy na starcie przygody i może dlatego jeszcze nieco nieśmiali na otwartość bossa.

Po całodniowym zwiedzaniu Negombo – targu rybnego, uliczek ze sklepami, plażą, następnego poranka (raczej południa) wybraliśmy się w stronę Dambulli. Plan był doskonały, szkoda, że wykonanie nam średnio wyszło. Dojazd autobusem zajął nam cały dzień, gdzie do hotelu z basenem (szkoda tylko mi tego basenu) zlądowaliśmy po 19, czyli o ciemku. Planowo na grupie fejsbukowej mówili o 3h do miasta przesiadkowego i 2h do Dambulli. Nam jakimś dziwnym trafem wszystko zajęło jakieś 7. Pierwszy argument niektócyh za wczesnym wstawaniem 🙂 Przynajmniej wiedzieliśmy od razu jak wesoło jest w autobusach. Potwierdzam całkowicie opinię Grupy Wschodu o środkach komunikacji na Sri lance: http://grupawschodu.pl/prawdziwe-zycie/czym-jezdzic-po-sri-lance/

Następnego poranka znów ciężko było wstać – tak w Polsce też jestem śpiochem, ale widoki zobowiązywały do spaceru. Z hotelu mieliśmy spacerkiem kilka minut do CAVE TEMPLE, choć przejście schodami w taki ukrop to nie lada wyzwanie. Świątynia oryginalna na tle innych buddyjskich.

 

Po pierwszej atrakcji dotarliśmy tuk tukiem do następnego guest house’u. Pozytywnie nastawiony gospodarz potwierdził nasze przypuszczenia – Skałę Sigiriya lepiej podziwiać z drugiej góry, niż czekać godzinami w kolejkach i w tłoku wspinać się na wierzchołek. Idąc za jego poradą wybraliśmy się na Pidarangula Rock. Co to były za widoki! No i ta lekka adrenalina przy skakaniu po skałach, żeby się tam dostać. Na wejściu jest mała świątynia – przechodząc obok pamiętajcie o zakryciu ramion i nóg oraz ściągnięciu butów. Warto było czekać na zachód słońca – ba, zdążyłam nawet uciąć małą drzemkę.

4 dnia naszej wyprawy byliśmy już w Polonnaruwa – niegdyś stolica Sri lanki. Obecnie miejce do zwiedzania i rowerowej wycieczki wokół zabytków. To pozostałości pałacu królów i ośrodek zrzeszający wielu turystów zarówno tych z dalszych krajów jak i miejscowych. Oczywiście wejściówki dla turystów w odpowiednio wyższej cenie. Na wejściu jest też małe muzeum, w którym informacje przeklejone są z wikipedii lub takie miałam wrażenie. Muzeum to tylko przedsmak, gdzie zaraz się trafi. Po przjechaniu ruchliwej drogi i to w remoncie, jeżdzi się po ścieżkach otoczonych zielenią i podziwia ruiny.

Na Polonnaruwie kończył się nasz plan – mieliśmy 2 dni luźne, a jeden już wykorzystany przez długi dojazd do Dambulli. Zmęczeni wszystkim, postanowiliśmy wybrać się jeszcze bardziej na wschód, na wybrzeże do Passikudah. Kto lubi puste plaże, polubi klimat. Warto zatrzymać się w hotelu z basenem przy plaży. Nasz hotel też był z basenem, ale po drugiej stronie półwyspu i kiedy chciałam iść na skróty, urządziłam nam dwugodzinny spacer skalistą plażą w najgorszym słońcu. Brak wyobraźni, że słońce też sięga po kostki, zaskutkował spalonymi, czerwonymi nogami. Od tego momentu pamiętałam, aby wszędzie smarować się kremami z filtrem 50 🙂

Drugi dzień to właściwie przejazd. Tym razem w związku z naszym późnym wstawaniem, wybraliśmy przejazd samochodem. Nikt nie wspomniał, że to nie ma być mini-samochód. I tak, przez góry i kręte drogi, jechaliśmy 6h w autku, w którym podgłówki kończyły się na środku naszych pleców. Kierowca nie znał Ella i ostatnie pół godziny jechaliśmy na naszej nawigacji z Google maps – to trzeba oddać jest super dobrze zrobione. Nie da sie zgubić.

Booking uratował naszą skórę – w trakcie jazdy poprosiliśmy mailowo właściciela o przygotowanie kolacji. Przyjęcie i obiad był królewski. Sam pokój najbardziej kolorowy z dotychczasowych, ale mieliśmy wszystko czego nam potrzeba. Poznaliśmy przemiłą rodzinę, która poleciła kilka miejsc. Rano wybraliśmy się na trekking. Kto mówił, że Little Adam’s Peak jest dla dzieci niech się zgłosi. Znów w słońcu wspinaczka zajęła nam dużo więcej czasu niż mówią przewodniki. Zapierające dech w piersiach widoki nie tylko od wilgotnego powietrza i chwila relaksu na wzgórzu było tym, co nam potrzeba. Następnie udaliśmy się w stronę 9 Arch Bridge, by zrobić sobie piękne zdjęcia. No cóż, to nie wyszło, bo wspinaczka z fryzurą robi swoje, ale wrzucam chociaż ładne zdjęcia samego mostu. Mimo zakazów, można wrócić torami do miasta – przetestowane.

Herbata! Po to tu przyjechaliśmy. Gospodarz wytłumaczył, że warto jechać do fabryki „czystej”, a miał na myśli przestrzeganie praw pracowników i zasad. Samo BHP dla turystów zastanawiało, bo nie do pomyślenia przez nas, ale jakby ktoś się uparł, mógł włożyć rękę do maszyny miażdżącej liście herbaty. Na szczęście nikt nie miał takich głupich pomysłow.

 

Widzieliśmy proces produkcji, różnicę w wielkości i intensywności gotowych liści, podziału towaru na kraj i eksport oraz smakowaliśmy wszystkie odmiany. Oczywiście ku mojej uciesze był też sklepik z herbatami. Od razu plecaki o jakieś 2 kg cięższe…

Godpodarz tego miejsca odwiózł nas osobiście tuk-tukiem do Uda Walawe. 2 godziny na krętych drogach oraz przewiewny tuk tuk to chyba mój ulubiony środek transportu tam.

Następna miejscówka polecana również przez booking.com jak i grupę na facebooku potwierdziła, że opinie nie kłamią. Pokoje pozostawiały wiele do życzenia, ale właściciel to istny znawca parku Udawalawe. Po przyjeździe pod szlaban parku o 5 (tak, o strasznej godzinie 5 rano), byliśmy drugim jeepem gotowym do wjazdu na teren parku. Widzieliśmy słonie, krokodyla, bawoły, małe sarenki, kolorowe ptaki i pawie. Host znał nazwy zwierząt po polsku, bo często gości Polaków. Oprócz tego miał książkę, żeby w kazdym momencie móc nam pokazać angielską nazwę i zwyczaje zwierząt.

Po Safari i pysznym śniadaniu pora było ruszać w drogę – łapaliśmy autobus prosto spod hotelu, który jechał bezpośrednio do Tangalle.

Tu też zdecydowanie szukaliśmy basenu. W końcu przyszedł czas na nicnierobienie. W międzyczasie musieliśmy zrezygnować z Adam’s Peak i trasy pociągiem z widokami z Ella, ale na to przedsięwzięcie potrzebowalibyśmy kolejne 2 dni.

W Tangalle w końcu dopatrzyliśmy się sklepu z alkoholem – tak jest z tym problem. Po pierwsz kobiety według prawa nie mogą kupować alkoholu. Same sklepy są okratowane z małymi okienkami na wydawaniu alkoholu otwarte to ok 20. Cenniki dla turystów niestety już też były odpowiednio gotowe, ale udało nam się kupić Arrack – lokalną wodkę/bimber z kokosu. Też lankijskie piwo Lion smakuje tylko ze szklanej butelki odpowiednio schłodzony, więc tego trunku szukaliśmy w hotelach i restauracjach. Bąbelki po takich upałach za dobrze wchodzą 🙂 Plaże tutaj też raczej puste z wysokimi falami, a całość daleka od porządku. Tu pojawiły się pierwsze opinie, że to wszystko przez tsunami. Rozumiem tragedię, ale 14 lat to dla nas Europejczyków kawał czasu, żeby odbudować, posprzątać. To chyba sprawka wolniej/leniwiej płynącego tam czasu i takiego też podejścia.

Książka nad basenem i spcery po plaży to naprawdę miłe zejęcie. Wracając z kolacji naliczyliśmy 130 mniejszych i większych krabów zbiegających przed nami do oceanu.

Po słodkim lenistwie pora na ostatni przystanek Unawatuna – miasteczko z plażą i turystami dla odmiany. Turyści z Rosji i Chin, też tak dla odmiany, bo wcześniej spotykaliśmy raczej Francuzów i Niemców. Po miasteczku widać już było, że nastawione na turystę. Sklepiki i ceny również iście turystyczne, ale co tam – w końcu zakupy i pamiątki – miód na moje serce!

Jak na złość i mimo pory letniej, pogoda była w kratkę. Przez 3 dni padało o ok 14 do popołudnia. Basen w tym miejscu wykorzystany tylko raz 🙁 Jak nie było co robić to można było jeść, bo w hotelu J bardzo się starali i mieli pyszne rzeczy do jedzenia i to nie tylko ryż!

Unawatuna to miejsce wypadowe do Galle – w drodze do fortu mieliśmy tym razem także turystyczne stawki za autobus. Galle to miasteczko z klimatem. To uliczki, po których jeżdżą zabytkowe auta, można zjeść pyszne naturalne lody i nabyć pamiątki oraz zjeść pyszną kolację w jednej z klimatycznych knajpek. Szkoda, że o 18 już robi się ciemno, bo z chęcią przeszłabym się jeszcze raz wzdłuż i wszerz wśród starego portu.

Przedostatni dzień wyjazdu spędziliśmy na snorkelingu. Woda nie jest tak turkusowa jak na Filipinach i przejrzystość zwłaszcza gdy pływa się w dzień bez słońca pozostawia również wiele do życzenia, ale okazy w wodzie były cudne! Pływaliśmy po Jungle Beach.

Następnego ranka wyruszyliśmy pociągiem do Colombo. Widoki cudne. Dobrze, że wsiadaliśmy na początku trasy, bo niezła była walka o miejsca siedzące. 2 klasa różni się od 3 (lokalnej), że fotele są 2 obok siebie szersze, a nie 3 wąziutkie. Podróż zajęła nam tyle czasu, że na spokojnie mogliśmy trochę się pogubić. Zgubiliśmy się na targu – jeszcze chwila i by mnie ta przyjemność ominęła. Wypatrzyłam stoisko z przyprawami i … kupiłam tony cynamonu! Zupełnie przez przypadek szukając autobusu do Negombo, znaleźliśmy klimatyzowany (na moje nieszczęście, bo oczywiście od wejścia było mi zimno i wiało za bardzo) i bezpośredni na lotnisko autokar. Na lotnisku nie ma co za bardzo robić, ale czytając ksiazki w telefonach, doczekaliśmy check-in.

Po 14 godzinach lotu, znajomy odebrał nas z lotniska z Warszawy. Jakże dobrze było zjeść polski obiad i spać w swojej pościeli, jakikolwiek wyjazd to te powroty są zawsze miłe.

Opisać opisałam, ale wrażenia jakie mam o Sri lance. Do plusów zaliczyć można:

+ jest Internet i informacje po angielsku

+ ludzie sympatyczni i nastawieni na pomoc

+ dobre świeże jedzenie

+ różnorodność atrakcji

+ palmy, roślinność

+ owoce, przyprawy

+ super tanie autobusy, pociągi

+gościnność właścicieli

Jeśli chodzi o minusy:

– słodkie napoje, za słodkie. Niby zdrowa kuchnia, ale zapijana cukrem, tonami cukru.

– jedzenie monotonne chicken curry albo fish curry – Lankijczycy jedzą 3 razy dziennie to samo!

– brak budek z jedzeniem jak na każdym kroku w Tajlandii za 5 zł, jedzenie najlepiej zamawiać u hosta w pensjonacie lub w restauracji, ceny ok 17-35 zł.

– niektóre atrakcje naciągane, robienie coś z niczego

– brak dostępu do alkoholu – dla niektórych to +, ale w naszym wypadku na wakacjach to -.

– czujność przy każdej transakcji, non stop negocjowanie

– porównywanie do Tajlandii nie przyniosło Sri lance dodatkowego plusa

– tsunami jako wytłumaczenie wszelkiego zła

– bezpańskie biedne psy

– zablokowanie FB, Messenger oraz Whatsapp ze względu na zamieszki na tle religijnym w innej części kraju. + jako szybka reakcja państwa i uniemożliwianie skrzykiwania się do następnych niebezpiecznych akcji. W tym zestawieniu znalazło się to jako nasz minus, ponieważ to właśnie na grupie Sri Lanka – Polska grupa entuzjastów Cejlonu miałam schowanych kilka ciekawostek i poleceń, co warto zobaczyć na Sri lance, a których nie przyszło mi do głowy żeby zapisać.

Na zakończenie wklejam top 10 według globtrotterów. W połowie miejsc byliśmy i praktycznie z każdym przyznanym miejscem się zgadzam.

Podsumowując, cieszę się, że mogłam widzieć kolejny odległy zakątek świata, poznawać kulturę i móc doceniać to co mamy w Polsce. Jednak długo tu nie wrócę, do końca nie mój klimat. Obecnie pora na podbijanie kolejnych państw, yyy raczej kontynentów – Ameryka południowa moim marzeniem.

P.s. W przygotowaniach do wyjazdu pomogły mi blogi:

http://plecakiwalizka.com/

http://gdziewyjechac.pl/

Ceny na Sri Lance – wiza, noclegi, pogoda, atrakcje, poradnik praktyczny