Jaglany detoks

Moja przygoda z książką pt. Jaglany detoks Pana Marka Zaręby zaczęła się od końca. Szukałam przepisów z kaszą jaglaną i tak mnie zainteresowała cała koncepcja, że postanowiłam wytrwać w całym detoksie przez tydzień.

Zacznijmy od tego, co mi się nie udało.

W pierwszy dzień przygotowałam porcji jak dla armii, a że nie lubię wyrzucać, obiadów miałam na kolejne 3 dni. Niestety poziom mojego zachytu przy 4 dniu jedzenia tego samego nieco osłabł. W pracy godziny mijają za szybko i niestety zapominałam o regularnych posiłkach. Jak nie miałam odpowiednio skomponowanego dania, nie jadłam, jak nie jadłam, to chodziłam głodna, a jak chodziłam głodna, to i wkurzona, bo cukier szalał.

W efekcie więcej było oszukiwań niż prawdiłowo przetrwanych dni detoksu. Wykluczenie kawy z napojów też nie sprzyjało. Jeśli stosuje się dietę i ostre założenia, mimo że w rzeczywistości nie są one ostre, bo przecież zakładają po prostu zdrowe żywienie, to mózg odbiera słowa przez 7 dni będzie dieta, jak wieeelkie wyzwanie. Zauważyłam, że żeby mój mózg nie kazał mi sięgać po chipsy i inne fast foody, to nie mogę używać słowa dieta, detoks, nie mogę myśleć, że teraz codziennie będę jeśc to a tamtego nie. Wszystkie diety wtedy kończą się szybciej niż zaczynają.

Przepisy Pana Marka są niedoprawione! Po przygotowaniu kilku potraw można było z zamkniętymi oczami wymienić przyprawy, które mam użyć w przepisie. Pod koniec sypałam dawki 2-3 razy większe. Może każdy ma inne podniebienie, ale u mnie w kuchni przyprawianie zdecydowanie musiało być podkręcone.

To zaliczam do mojego faux pas, bo ominęłam kilka rozdziałów książki i możliwe, że nie doczytałam proporcji. Pierwszego dnia ugotowałam podane ilości kaszy, ale podeszłam do tematu jak PRZED gotowaniem. Kasza potroiła swoją objętość i miałam kilka nadprogramowych listrów mleka jaglanego!

Co jednak zmieniło się w moim podejściu do odżywiania? Dlaczego zrezygnowałam ze słodkości codziennie? Jak przeżyłam jaglany detoks i czego się nauczyłam?

Minusy już za nami, a teraz plusy!

Po pierwsze odkryłam wiele nowych przepisów, do których będę sięgać i powoli znam już na pamięć. Np. jaglane smoothie, które smakuje jak budyń i może być podawane z różnymi owocami. Albo jaglana szarlotka soczysta i aromatyczna (3razy więcej cynamonu 😉 ). Kasza jaglana w postaci różnych past? Czemu nie! Pieczone buraki – jestem na tak ale w małej ilości i nie dzień po dniu.

Jest i jeszcze hummus jaglany, który połączyłam z pieczonymi pietruszkami z Jadłonomii Marty Dymek (o jej dziele będzie w osobnym poście).

Do jaglanego detoksu podejdę raz jeszcze, jak większość zdrowych nawyków się u mnie już na dobre zagnieździ w rozkładzie dnia i będę mogła poświęcić więcej czasu na systematyczne gotowanie. Kasza jaglana może nie w takiej częstotliwości, ale jest przeze mnie jedzona kilka razy w tygodniu w różnych konfiguracjach. Wiem, że można ją użyć jako zagęstnika, kaszy w daniu głównym czy słodkiej przyjemności. Choć jest więcej negatywnych linijek podanych, większość z nich to moja wina!!! Polecam tę książkę i filozofię dbania o siebie przez jedzenie.

P.S. Książka wyróżnia się pięknymi zdjęciami, zerkam na nią prawie codziennie.